Mój miniblog

zobacz więcej

Zobacz co oglądam

Odwiedź mnie na Facebooku

Życiorys

Urodziłem się 28 marca 1956 roku. Rodzice, oboje zauroczeni sienkiewiczowską "Trylogią", nie zastanawiali się długo nad imieniem dla potomka. Jerzy – na cześć walecznego, honorowego, a przy tym oddanego sprawom wiary i ojczyzny "Małego Rycerza". Kiedy dorosłem i sam sięgnąłem po lekturę, zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. Skoro już dla uczczenia Wołodyjowskiego, to dlaczego nie Michał. Przecież święty Jerzy smoka tylko roztratował, a święty Michał całemu komunikowi niebieskiemu przewodzi. Było już jednak za późno. Klamka zapadła. Zostałem Jurkiem.

Dzieciństwo

Z najmłodszych lat pamiętam nasze dwuizbowe mieszkanie w bloku przy ulicy Spacerowej w Zgierzu. Zawsze mogłem w nim odnaleźć zapracowaną mamę, pochyloną nad maszyną do szycia. Do późnych godzin wieczornych szyła dla Spółdzielni Pracy Krawców "Zgoda". Była bardzo ciepłą i otwartą osobą, najukochańszą matką. Do niej przychodziłem z problemami. Szukałem rozmowy i zrozumienia.

Ojciec całe życie przepracował w ZPB "Boruta" jako aparatowy w oddziale barwników. Przez sześć lat miał do czynienia z rakotwórczą benzydyną. Zapłacił za to najwyższą cenę. Zmarł na raka wkrótce po moim ślubie. Ojciec budził mój podziw. Był wzorem solidnego i uczciwego pracownika. Nigdy nie spóźnił się do fabryki. Taki jeszcze przedwojenny etos robotnika – pracuję dobrze, bo się do tego zobowiązałem. Na obowiązki ojca często nie starczało mu sił i czasu. Rzadko udawało mi się razem ze starszą o pięć lat siostrą uprosić go, żeby pograł z nami w karty. Zdarzało mu się zasnąć ze zmęczenia przy kolejnym rozdaniu. Jako ojciec był bardzo zasadniczy. Kiedy ja i siostra coś nabroiliśmy, chodziliśmy raczej do mamy. Ona częściej wybaczała.

Dom bardzo szybko nauczył mnie samodzielności. Rodzice zabezpieczali mój byt, ale decyzje należały do mnie. Sam wybrałem szkołę. Nikt nie wtrącał się w to, jak organizowałem sobie czas wolny. Nie mając starszego brata, sam musiałem przebijać się w podwórkowej i szkolnej hierarchii. Pomógł mi w tym sport. Uprawiałem lekkoatletykę i pływanie w ZKS "Włókniarz". Zdobywałem tytuły mistrzowskie w pływaniu w kolejnych kategoriach wiekowych. W podstawówce (najpierw SP 4, potem SP 11) byłem uczniem raczej przeciętnym. Spektakularnych sukcesów nie pamiętam ani ja, ani moja mama, która chodziła na wywiadówki do wychowawczyni klasy Elżbiety Lipińskiej. Nie ma co ukrywać, mały Jurek być może był sportowym orłem, ale uczniem zdecydowanie mniej wybitnym.

Młodość

Po podstawówce trafiłem do technikum mechanicznego w Zespole Szkół Chemicznych im. Jędrzeja Śniadeckiego w Zgierzu ("Chemik") pod opiekę wspaniałych wychowawców: Andrzeja Piaskowskiego i Tadeusza Majchrzaka. Niespokojna dusza nie dała się jednak zamknąć w świecie techniki i maszyn. Ku zaskoczeniu wielu pedagogów moje zainteresowania szybko zaczęły ewoluować w stronę humanizmu. Mało tego, pociągnąłem za sobą całą grupę "wywrotowców". Założyłem i kierowałem jedynym w Polsce harcerskim klubem muzyki poważnej. Pod czujnym okiem naszego mentora, polonisty Bogusława Cylke całymi godzinami słuchaliśmy Ravela, Bizeta, Chopina i Mozarta. Klubem zainteresowała się Telewizja Polska, która nakręciła o nas relację. Krótkie, zaledwie parominutowe wystąpienie przed okiem kamery, w którym przekonywałem moich rówieśników do wspólnego słuchania muzyki, było dla mnie pierwszym sprawdzianem umiejętności wystąpień publicznych i pracy z mediami. Wtedy też odkryłem drzemiącą we mnie potrzebę nauczania innych, przekazywania im wiedzy i doświadczeń. Chyba po raz pierwszy pomyślałem, aby związać swoją przyszłość z wykonywaniem zawodu pedagoga.

Na muzyce się jednak nie skończyło. W "Chemiku" zacząłem uprawiać turystykę górską. Na początku były to szkolne wycieczki, z czasem mniej lub bardziej zorganizowane wypady z przyjaciółmi. Widok z Czerwonych Wierchów na Tatry Wysokie dał początek prawdziwej miłości do Tatr i Podhala. Towarzyszyło temu zauroczenie poezją zakopiańską. Wtedy jeszcze jako uczeń technikum sięgnąłem po Kasprowicza. Za każdym razem, kiedy dzisiaj szepcze sobie na szlaku "Krzak dzikiej róży …", trafia do mnie, że ja i poeta tak samo rozumiemy i przeżywamy góry, mamy te same myśli.

Z miłości do tatrzańskich pejzaży zrodziła się druga moja pasja: fotografia. Zaczynałem od aparatu Start 66. Potem przyszedł czas na Flexaret, Pentagon Six TL i Prakticę. Dzisiaj fotografuję Canonem EOS 50E. Moje zdjęcia jeszcze w latach 80-tych zdobywały nagrody i wyróżnienia Łódzkiego i Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego. W szufladzie biurka ciągle przechowuję folder wydany przez Towarzystwo, w którym umieszczono wykonany przeze mnie portret mojej żony Ani. Dziś nie wysyłam już zdjęć do konkursów. Fotografuję dla czystej przyjemności, bo to po prostu lubię.

Z "Chemika" pamiętam jeszcze studniówkę. Byłem autorem utrzymanego w konwencji bajki programu satyrycznego, w którym pokazaliśmy w krzywym zwierciadle postaci naszych nauczycieli. Z Teatru Wielkiego wypożyczyliśmy przepiękne stroje z "Romeo i Julii". Mnie przypadł kostium księcia Werony Eskalusa. Kiedy potem patrzyłem na bale moich wychowanków, trochę żałowałem, że studniówka mojego pokolenia daleka była od atmosfery kolorowej fety. Po prostu biel i czerń - konwencja, jak ja to nazywam, "wuzetkowa". Na szczęście nadrabialiśmy dobrym pomysłem i humorem.

Studia i pierwsze lata pracy

Po maturze rozpocząłem studia pedagogiczne na Uniwersytecie Łódzkim. Szkolne lata aż tak mi się spodobały, że postanowiłem zostać belfrem tak, aby się ze szkołą nigdy nie rozstawać. Na pierwszym roku zostałem odznaczony za wybitne osiągnięcia w nauce nagrodą „Primus Inter Pares”. Potem trochę bardziej pochłonęło mnie życie studenckie. Nie umknęło to uwadze członków kapituły nagrody. Szczególnie wyróżniać nigdy już mnie nie chcieli. Po latach pracy zawodowej wróciłem na uczelnię. Ukończyłem podyplomowe studia informatyczne na Uniwersytecie Szczecińskim i Politechnice Łódzkiej.

Zaraz na początku studiów magisterskich poznałem moją żonę Anię. Miała wtedy 16 lat. Po raz pierwszy zobaczyliśmy się na basenie w Łaźni Miejskiej w Zgierz. Potem wyjeżdżaliśmy na obozy żeglarskie. Z czasem przyjaźń przerodziła się w miłość. Po obronie „magisterki” we wrześniu 1980 roku na krótko podjąłem pracę w Szkole Podstawowej nr 3 w Zgierzu. Spotkałem tam między innymi Stanisława Sowińskiego, wybitnego zgierskiego pedagoga i wychowawcę. Tam też zapisałem się do NSZZ „Solidarność”. Nie byłem prominentnym działaczem opozycyjnym, ale podobnie jak 10 milionów solidarnościowców wierzyłem, że Polska może zmienić się na lepsze. Ten sen przerwał stan wojenny. W lutym 1982 roku zostałem wcielony na sześć miesięcy do wojska i skoszarowany w jednostce we Wrocławiu. Pierwszy okres stanu wojennego przypominał areszt. Zostaliśmy zamknięci w koszarach bez możliwości wychodzenia na miasto. Dopiero po czasie zelżało. Dali mi przepustkę. Przyjechałem do Zgierza, żeby poślubić Anię.

Po moim powrocie z wojska stanęliśmy przed bardzo poważnym wyborem. Oboje byliśmy młodymi nauczycielami bez zatrudnienia i perspektyw na mieszkanie w Zgierzu. Postanowiliśmy pojechać do Pełczyc w województwie gorzowskim, gdzie zaproponowano nam pracę i tzw. mieszkanie funkcyjne. Rozsądek i konieczność chwili zadecydowały o tym, że na blisko sześć lat opuściliśmy rodzinne strony. Za nic nie chcieliśmy jednak porzucić naszych wspólnych marzeń i pasji. W Pełczycach błyskawicznie sprzedaliśmy wszystkie prezenty ślubne i kupiliśmy motocykl – ETZ 250. Zostały po nim niezliczone fotografie ze wspólnych rajdów po Polsce, ale i plany zakupu choppera. Chcemy znowu poczuć wiatr we włosach. Motocyklową pasję przerwały dosyć szybko urodziny naszego pierwszego syna Kuby. Trzeba było rozejrzeć się za innym środkiem lokomocji, odpowiedniejszym dla trzyosobowej rodziny. Przećwiczyliśmy całą historią polskiej motoryzacji: syrena, maluch, fiat 125p. Młodszy syn Bartosz nie pamięta już tych samochodów. Jego woziłem głównie daewoo nubirą. Teraz jeździmy fordem escortem w tych krótkich chwilach, kiedy auta nie pożycza Kuba. Obawiam się, że kiedy i Bartosz zrobi prawo jazdy, w ogóle nie będę już widział samochodu. Taki już los rodziców dorosłych dzieci.

W Pełczycach kontynuowałem moją działalność harcerską. Zorganizowałem liczne obozy harcerskie w Okartowie, obozy wędrowne w Tatrach, a także wyjazd do Berlina na Światowy Dzień Młodzieży 1987. Moje społeczne zaangażowanie zostało po kilku latach docenione. W 1989 roku objąłem funkcję zastępcy komendanta Chorągwi Ziemi Gorzowskiej, a po powrocie do Zgierza zostałem komendantem miejskiego hufca ZHP. W okresie mojej kadencji (1990-1993) odzyskałem dla zgierskich harcerzy ośrodek w Grotnikach, do którego co roku przyjeżdżają dzieciaki z ubogich rodzin. Tutaj też szkolą się harcerscy instruktorzy i odbywają zbiórki przy harcerskim ognisku.

Nauczyciel w zgierskich szkołach

W 1989 roku cała rodzina wróciła do Zgierza. Wkrótce potem podjąłem pracę jako nauczyciel wychowania technicznego w Szkole Podstawowej nr 6. Dodatkowo prowadziłem kółko fotograficzne i szkołę ćwiczeń dla studentów Kolegium Nauczycielskiego. Z młodzieżą i kolegami-nauczycielami wyjeżdżałem na zielone szkoły i obozy wędrowne w Tatry. Wydany w 1991 roku anglojęzyczny przewodnik turystyczny po Polsce zamieścił zdjęcie jednej z prowadzonych przeze mnie grup młodzieży. To dziś bardzo sympatyczna pamiątka.

Z SP nr 6 powędrowałem do Zgierskiego Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych, a potem do Zespołu Szkół nr 1. Obok zwykłych obowiązków jako nauczyciela pełniłem tu funkcję wicedyrektora. Wdrożyłem komputerowy system zarządzania, dając kierownictwu szkoły wygodne narzędzie do układania planów lekcji i organizowania bieżących zastępstw. Byłem inicjatorem wprowadzenia karty elektronicznej dla uczniów po to, by poprawić bezpieczeństwo w szkole i uniemożliwić wejście na jej teren osobom niepożądanym. Ostatecznie pomysł nie został wdrożony ze względu na ograniczenia budżetowe. Wtedy traktowałem to jako osobistą porażkę i długo nie mogłem się z nią pogodzić.

Praca w szkole dawała mi dużo satysfakcji, ale nie zaspakajała potrzeb materialnych rodziny. Musiałem imać się każdej roboty. Pracowałem po dwanaście godzin na dobę. W domu byłem gościem. W weekendy też nie pozostawało wiele czasu wolnego. W soboty i niedziele prowadziłem ćwiczenia z informatyki w Wyższej Szkole Kupieckiej. Do tego dochodziła praca społeczna. Od 2003 roku pełniłem funkcję prezesa Fundacji na Rzecz Obrony Obywateli. Razem z grupą znajomych i przyjaciół organizowałem zajęcia profilaktyczne dla dzieci i młodzieży ze szkół podstawowych i gimnazjalnych.

Kiedy dzisiaj jedni w sympatią, a inni z przekąsem zwracają uwagę na ponadprzeciętnie dużą liczbę moich znajomych w portalu "nasza-klasa.pl", ja tylko się uśmiecham. To zupełnie naturalne. Zawsze byłem i jestem człowiekiem bardzo aktywnym - w szkole, harcerstwie, sporcie, a w ostatnich latach w samorządzie. Zaproszenia do listy znajomych, które od początku istnienia portalu tak licznie otrzymuję, są dla mnie powodem do radości i dumy, że się moją pracę docenia. To dla mnie najważniejsze. Serdecznie dziękuję!

Samorządowiec

Pracę w zgierskim samorządzie traktuję jako naturalne przedłużenie mojego zaangażowania społecznego jako pedagoga, harcerza i sportowca. W 1998 roku zostałem radnym Rady Miasta Zgierza. Zasiadałem w niej przez kolejne dwie kadencje jako przewodniczący Komisji Oświaty, Kultury, Sportu i Rekreacji, wiceprzewodniczący Komisji Statutowo-Prawnej, wiceprzewodniczący Komisji Zdrowia i Opieki Społecznej oraz członek Komisji Budżetu i Finansów.

Zainicjowałem powstanie Młodzieżowej Rady Miasta. Jako nauczyciel wiedziałem, jak wiele świetnych pomysłów drzemie w głowach młodych zgierzan. Niestety większość z nich trafiała na barierę niezrozumienia ze strony radnych. Stąd właśnie mój pomysł, aby dać młodym prawo głosu na forum samorządu miejskiego. Wszystko według zasady: „Nic o nas bez nas”. Ponadto przeforsowałem bezpłatne korzystnie przez zgierskich uczniów z pływalni miejskich w ramach programu czterech godzin wychowania fizycznego. Z mojej inicjatywy miasto zaczęło przyznawać uzdolnionej sportowo młodzieży stypendia sportowe. Od 2005 r. skorzystało z nich blisko 100 osób.

W październiku 2005 roku zostałem wybrany na przewodniczącego Rady Miasta Zgierza. Wtedy bliżej poznałem styl sprawowania urzędu przez prezydenta Karola Maślińskiego, silnie upolityczniony, pełen ideologicznego zacietrzewienia, bez wizji i pomysłu na miasto. Budziło to u mnie jako osoby bezpartyjnej i otwartej głęboki sprzeciw. Miałem zupełnie inny pomysł na zgierski samorząd. Marzył mi się Zgierz jako oaza spokoju, wolna od politycznych kłótni, i prezydent, który łączy, a nie dzieli. Zgierz potrzebował prezydenta blisko ludzkich spraw, który rozwiązuje rzeczywiste, a nie wyimaginowane problemy mieszkańców. Postanowiłem kandydować, zapraszając do wspólnego wysiłku grupę przyjaciół i współpracowników. Stworzyliśmy stowarzyszenie pod nazwą Forum Obywatelskie. Stowarzyszenie zgłosiło swoich kandydatów na radnych miejskich i powiatowych, a także desygnowało mnie jako kandydata na prezydenta Zgierza.

Po pierwszej turze wyborów zgromadziłem wokół siebie szeroką koalicję, w skład której weszły Platforma Obywatelska oraz Lewica i Demokraci, a także lokalne komitety wyborcze: "Wspólnie dla Ziemi Zgierskiej”, "Gazeta Bez Cenzury”, "Społeczny Blok Samorządowy” i "Wspólny Samorząd". Poparli mnie również kandydaci na prezydenta, którzy nie otrzymali wystarczającej liczby głosów, aby dostać się do drugiej tury. Byli wśród nich: Świętosław Gołek, Józef Dziemdziela, Iwona Wieczorek, Mirosław Kolenda, Paweł Wawrzyńczak i Andrzej Mięsok.

W drugiej turze, która odbyła się 26 listopada 2006 roku, oddało na mnie swój głos 8.251 zgierzan, co stanowiło ponad 60% wszystkich głosujących. Wkrótce potem w oparciu o zbudowaną wcześniej koalicję, ale i przy życzliwej sympatii części radnych Prawa i Sprawiedliwości oraz innych aktywnych w Zgierzu środowisk przystąpiłem do realizacji programu wyborczego i budowania nowej wizji prezydentury.

Rodzina i hobby

W domu prezydentura niewiele zmieniła. Tak wcześniej, tak i teraz nie mam zbyt dużo czasu dla rodziny. Dlatego tak bardzo cieszy mnie każda chwila przebywania z żoną i synami. Razem tworzą bezpieczną przystań, do której zawijam, gdy wszystkie sprawy w magistracie są już załatwione, a kalendarz spotkań wyczerpany. Choć ten wspólny czas z rodziną nie trwa długo, to jego znaczenia nie da się przecenić.

Mieszkamy w czteropokojowym mieszkaniu na zgierskim Hamburgu. Żona Ania jest nauczycielką w Szkole Podstawowej nr 10 w Zgierzu, a po godzinach moim najbliższym doradcą. Zdarza się, że rozmawiamy o sprawach miasta. Nie zawsze biorę pod uwagę jej opinie, ale na pewno bardzo wysoko je cenię. W domu mieszkają z nami synowie: 25-letni Kuba – absolwent prawa UŁ i 18-letni Bartosz – uczeń II klasy liceum. Są w takim wieku, że nie potrzebują już specjalnej opieki. To, co zostało mi z rodzicielskich obowiązków, to… wspólne oglądanie meczy polskiej reprezentacji, a także Ligii Angielskiej i Ligii Mistrzów. Zabieram ich na rozgrywki Widzewa na trybunę C. Spotykamy tam wielu znajomych. Doskonała zabawa. Tylko następnego dnia sekretarka pyta, czy już ma mnie umawiać do lekarza w związku z silnym przeziębieniem i utratą głosu. Ale to tylko efekt uboczny zaangażowanego dopingowania widzewskich zawodników, a te chwilowe niedyspozycje po stokroć wynagradzają pamiętane długo emocje piłkarskie. Szkoda tylko, że dotyczą one łódzkiego klubu, a nie piłkarzy Boruty Zgierz. Ciągle mam jeszcze przed oczyma ten słynny mecz w ostatniej kolejce sezonu 1991/92 pod wodzą Witka Królewiaka, kiedy otarliśmy się o Ekstraklasę. Wielka szkoda, że się wtedy nie udało. Zgierska drużyna w Ekstraklasie – to byłoby coś!

Wolny czas z żoną wiąże się ze zdecydowanie mniejszą ilością sportowej adrenaliny. Często spacerujemy po lesie w kierunku Grotnik, zabierając ze sobą naszego psa – młodego owczarka niemieckiego o imieniu Samba. W okresie wiosenno-letnim często wyjeżdżamy po pracy na działkę do Grotnik. Do urzędu miasta wracam stamtąd rano rowerem, po drodze wstępując na basen na Leśmiana. Kiedy nie ma pogody, sięgamy z żoną do naszej kolekcji płyt. Słuchamy Led Zeppelin, Janis Joplin, The Doors, Jimiego Hendrixa, Pink Floyd, Genesis i polskiego rocka. Ostatnio jest u nas jednak na topie Metallica i jej “Master of Puppets”.

Moje zainteresowania od najmłodszych lat związane były również ze sportem, ze szczególnym naciskiem na sporty wodne oraz biegi długodystansowe. Jestem od 32 lat ratownikiem. W latach 1976-1977 byłem członkiem reprezentacji Polski na zawodach w ratownictwie wodnym. 4-krotnie zdobywałem wicemistrzostwo Polski w pływaniu; jestem również 6-krotnym aktualnym mistrzem Polski nauczycieli w pływaniu. Wychowałem w tym czasie grono ok. 430 ratowników wodnych. Pamiętając o wadze wczesnego inicjowania zainteresowania sportem stworzyłem sekcję nauki pływania, do której uczęszcza corocznie około 60 dzieci z klas I-II.

W latach 1990-2000 zostałem członkiem Zarządu Wojewódzkiego WOPR a od 2000 r. Wiceprezesem Zgiersko-Łęczyckiego WOPR oraz Przewodniczącym Komisji Szkoleniowej WOPR. W 1995 odznaczono mnie srebrną "Odznaką Zasługi dla WOPR” za całokształt pracy

Współorganizowałem wraz z Krzysztofem Baranowskim w konkursie "Płyniemy do Europy”, gdzie grupa 15 osób z całej Polski (w tym 1 zgierzanka) płynęła po klucze do Jacht Klubu Królewskiego w Brukseli. Uczestniczyłem. Młodzież poznała smak morskiej przygody z jednym z najbardziej doświadczonych kapitanów. Pokonałem trzy warszawskie maratony o długości 42 km i 195 m. Bieganie jest dla mnie zawsze próbą walki z samym sobą, narastającym codziennym stresem oraz radością obcowania z przyrodą.